
– W obozie człowiek żyje jednym dniem, który nieustannie się powtarza, więc nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu. Dopiero gdy zobaczyłem syna i to, jak bardzo urósł, dotarło do mnie, jak długie było to pięć lat – mówi Andrzej Poczobut. – Żyłem w celi z otwartym oknem. Nie można go było zamknąć nawet zimą. To miejsce, którego więźniowie się boją, bo stworzone tam są najcięższe warunki.






