global/x103Maksymalny rozmiar: 0/0
Kultura

Nie deptać Prusa! Recenzujemy kinową „Lalkę”

Wszystko zgodnie z planem. Nakręcona z rozmachem, narracyjną swadą i plejadą gwiazd w obsadzie „Lalka” Macieja Kawalskiego to stara szkoła. W tym sensie, że jeśli jesteście starzy, to chodziliście na takie filmy ze szkołą.

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
21.09.2026
10 min
Marcin Dorociński (Stanisław Wokulski), Marek Kondrat (Ignacy Rzecki), Agata Kulesza (Pani Meliton) i Kamila Urzędowska (Izabela Łęcka), grafika z filmu „Lalka”, reż. Maciej Kawalski, 2026 (fot. Kino Świat / KZ / materiały prasowe )

Prawda o dziwowisku zwanym „polską superprodukcją” leży gdzieś w połowie drogi między tekturowym Rzymem z „Quo Vadis” a zatęchłą plebanią z „Kleru”. To paradoksalne zjawisko, o którego skali świadczy albo zainteresowanie szkół, albo temperatura ludowego gniewu. Budżet i marketingowa pompa są ważne, ale nie tak ważne jak nastrój poruszenia w narodzie. 

Dziś jesteśmy poruszeni jak nigdy. Dzięki pomyślnej koniunkcji gwiazd (oraz małej, zakulisowej rywalizacji) możemy spierać się nie o jedną, a o dwie adaptacje „Lalki” Bolesława Prusa. Kinowa wersja w reżyserii Macieja Kawalskiego to odpowiedź zarówno na potrzebę spektaklu, jak i na pragnienie dialogu – widowisko, jakich „już się nie robi” wywołuje dyskusję, którą niezmiennie uwielbiamy prowadzić. O kanonie lektur, obsadowej fieście, dialogu z klasykami i granicach adaptacyjnej swobody. 

Jest to wystarczający powód, by zwlec się z kanapy i zameldować w kinie. 

Wokulski za krzakiem, Łęcka w redakcji. Recenzujemy netfliksową „Lalkę”

Prus jest pod wrażeniem 

Gwiazdy błyszczą, słowa płyną, po ekranie paradują duchy zmyślonych i prawdziwych Polaków. Nawet sam Bolesław Prus przechadza się po sklepie Stanisława Wokulskiego, prosząc go o „wywiadzik” i udzielając symbolicznego błogosławieństwa scenarzystom.

REKLAMA
feuilleton/x02Maksymalny rozmiar: 728px/90px

To nieco egocentryczny gest ze strony twórców, ale łatwo go wybaczyć. Starą prawdą jest, że dobra adaptacja nie musi być wierna. A zatem wierność literze powieści staje się ważnym artystycznym wyborem, manifestacją wiary w określony typ kina. W przypadku „Lalki” jest to kino typu „cała naprzód” pod wezwaniem świętego Bolesława Prusa. I dobrze.

Kawalski oraz współscenarzyści Piotr Sobociński jr. i Łukasz Światowiec traktują Prusa z nabożnością, która w dobie ironicznych zabaw oraz ryzykownych reinterpretacji wydaje się ożywcza. Wokulski jest jednocześnie romantyczny i pragmatyczny, Łęcka zaś – cwana i zalotna. Powietrze między nimi gęstnieje od niewysłowionych uczuć, a XIX-wieczna Warszawa ugina się pod ciężarem ekonomicznych dysproporcji. 

Fabułę też odrysowano od linijki. Wokulski wraca z tureckiej wojny i rozkręca biznes, a następnie toruje sobie drogę do zblazowanej arystokratki. Subiekt Rzecki duma nad jego tragicznym losem, lekarz Szuman suszy mu głowę, naukowiec Ochocki śni o maszynie latającej, szlachcianka Wąsowska pluje sarkastycznymi komentarzami, a baron Krzeszowski zadziera nosa. Pionki rozstawione, stawka wiadoma, gra idzie o awans w społeczeństwie i o szczęście w miłości.   

REKLAMA
feuilleton/x03Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Nawet jeśli w scenariuszu nie ma miejsca na niespodzianki, nie oznacza to wcale, że film jest brykiem z powieści. Ożywione na ekranie postaci – właśnie przez swoją koturnowość oraz bliskie związki z literackimi pierwowzorami – wydają się zaskakująco świeże na tle swoich odpowiedników z innych ekranizacji Prusa. Bez względu na to, czy mówimy o kultowej, nihilistycznej wersji Wojciecha Jerzego Hasa, realizacyjnie miernym serialu Ryszarda Bera z lat 70., czy o szeroko komentowanej, netfliksowej ekstrawagancji w reżyserii Pawła Maślony. 

Nie pomylcie „Lalki”! Ekranizacje mogą namieszać uczniom w głowach

Dorociński zbyt śliczny (i zagraniczny) na Wokulskiego?

Przed premierą narzekałem trochę na angaż Marcina Dorocińskiego do roli Wokulskiego. Przeszkadzał mi jego wdzięk amanta, niepokoiła charyzma międzynarodowej gwiazdy – warszawski kupiec powinien być tylko odrobinę przystojniejszy od diabła. A jednak bagaż hollywoodzkich doświadczeń, który miał być klątwą, okazuje się błogosławieństwem. 

Marek Kondrat (Ignacy Rzecki) w filmie „Lalka”, reż. Maciej Kawalski, 2026 (fot. materiały prasowe)

Wokulski w interpretacji Dorocińskiego nie jest może zbyt przekonujący jako parias na salonach (facet wygląda w surducie jak milion rubli i nie zmienią tego ani grymas zakłopotania na twarzy, ani wystudiowana nieporadność). Jest natomiast fantastyczny jako mężczyzna z burzą piaskową pod czaszką – jednocześnie romantyk i pozytywista, społecznik zafrasowany losem najbiedniejszych oraz desperat w uwłaczającej roli odrzuconego kochanka. Sprawia to, że w żadną z jego masek, póz oraz podskórnych emocji nie trzeba wierzyć na słowo. 

REKLAMA
feuilleton/x04Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Łęcka w wydaniu Kamili Urzędowskiej jest nieco mocniej ściśnięta gorsetem konwencji. Jako że scenarzyści – chyba wyłącznie w ramach obyczajowej kurtuazji – obdarzają ją ledwie sygnalizowanymi emancypacyjnymi pragnieniami, na twarzy aktorki maluje się coś więcej niż pogarda i wzniosłość. To dobra rola, choć z oczywistych względów grana na jałowym biegu. 

Obojgu pomaga forma – nieco zbyt przezroczysta, ale elegancka, właściwa dla kina kostiumowego, w którym liczą się rozmach i epicki „oddech”. To dzięki niej „Lalka” jest również przekonującą opowieścią o tętniącej życiem, kulturowo zróżnicowanej Warszawie oraz o niemożliwym do zrealizowania marzeniu – tym dotyczącym miłosnego spełnienia i klasowego awansu. 

Wielkie tematy „Lalki” Prusa (prawda i fikcja w relacjach społecznych czy kryzys wartości w świecie poukładanym klasowo) Kawalski traktuje z szacunkiem. Nie stara się jednak ich zgłębić, zamienić w coś więcej niż kolejną scenariopisarską atrakcję. Powieść to dla niego katalog nieśmiertelnych motywów, z czego – nawet przy imponującym, niemal trzygodzinnym metrażu – trudno czynić zarzut.  

Podoba mi się natomiast sposób, w jaki chwyta ducha epoki. Fantastyczna sekwencja pobytu Wokulskiego w Paryżu to piękny pean na cześć ludzkiej pomysłowości, imperatywu działania oraz nauki. Lewitujący w powietrzu kawałek metalu staje się obrazkiem o wielkiej symbolicznej sile. To zarówno obietnica cywilizacyjnego postępu, jak i metafora miłosnej próżni; malutki dowód na wielkość człowieka oraz więzienie, z którego nie ma ucieczki. 

Wszystkie ręce na pokład

Konwencja jest w filmowej „Lalce” święta. Wbrew pozorom nie chodzi jednak ani o efektowne kino kostiumowe, ani nawet o formułę szacownej adaptacji. Sednem dzieła wydaje się jubileusz polskiego kina – aktorska sztafeta pokoleń, pole wymiany doświadczeń, kolektywny wysiłek w tworzeniu dzieła o największej skali, dla widza od lat pięciu do stu pięciu.

REKLAMA
feuilleton/x05Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Na tym żyznym gruncie kwitną najdziksze pomysły. Na przykład taki, żeby ściągnąć z emerytury Marka Kondrata. Albo taki, żeby podarować Dawidowi Ogrodnikowi (Mraczewski), Karolinie Gruszce (Florentyna) i Andrzejowi Chyrze (profesor Geist) po minucie czasu ekranowego. Nie wspominając nawet o spotkaniu kilku pokoleń polskich aktorek – od Mai Komorowskiej (prezesowa Zasławska) i Krystyny Jandy (hrabina Karolowa), przez Maję Ostaszewską (baronowa Krzeszowska), po Kamilę Urzędowską – na herbatce w Łazienkach. 

Niektóre gwiazdy są tu elementem scenariusza. Inne – scenografii. Jeszcze inne to świecidełka, których jedynym celem jest uszlachetnianie filmu. Grają wszyscy, ale wygrywają tylko niektórzy. Na przykład Kondrat, który w roli Rzeckiego pozostaje słońcem tego świata – wyrozumiałym „ojcem” Wokulskiego i zarazem jego zapalczywym kompanem. Albo Agata Kulesza, rozsmakowująca się w komediowej roli swatki, pani Meliton.  

Najlepsza w obsadzie Maria Dębska czyni z Kazimiery Wąsowskiej postać nie tyle równorzędną wobec Łęckiej, co przewyższającą ją w fabularnym układzie (zabawne, że u Hasa Wąsowską grała Kalina Jędrusik, której biografia pozostaje największym osiągnięciem Dębskiej). Jej niespełniona miłosna relacja z Wokulskim to bodaj najodważniejsze rozwinięcie wątków z powieści Prusa (pomijając kiepsko sfastrygowany prolog w Bułgarii) i zarazem najciekawsza część filmu. I nawet gdy całość zmierza w rejony naftalinowego melodramatu, aktorka potrafi zatrzymać katastrofę jednym zimnym spojrzeniem. Zdradza ono zarówno skrywane potrzeby nieszczęśliwej kobiety, jak i biegłość w cynicznej dworskiej grze.    

Maria Dębska (Kazimiera Wąsowska) i Mateusz Damięcki (Kazimierz Starski) w filmie „Lalka”, reż. Maciej Kawalski, 2026 (fot. materiały prasowe)

Czy „Lalka” była dobrym wyborem do rozprawki? Polonista tłumaczy

REKLAMA
feuilleton/x06Maksymalny rozmiar: 728px/90px

„Lalka”, czyli superprodukcja

Jeśli tęsknicie za tego rodzaju kinem, na seansie „Lalki” poczujecie się jak w domu. Albo raczej – jak w szkole, z której przed dwiema dekadami wyruszaliście tłumnie na podobne filmy. „Lalka” to nie tylko pierwsze tego rodzaju wydarzenie czasów postpandemicznych, ale i jedna z pierwszych rodzimych superprodukcji XXI wieku. Mówi to wiele o ambicjach twórców, ale znacznie więcej o marnym stanie polskiego kina.  

Jakie cechy powinien mieć taki film, żeby przyciągnąć widzów? Po pierwsze – musi stać na fundamencie klasycznej literatury, najlepiej takiej, o której każdy ma swoje zdanie. Po drugie – powinien budować tematyczny pomost do współczesności, żeby delikatnie podgrzewać aktualne społeczne emocje. Po trzecie – jego sednem powinna być frajda z opowiadania historii, zaplatania fabularnych nitek, żonglowania klasycznymi motywami.   

„Lalka” Kawalskiego spełnia wszystkie te warunki i pewnie dlatego łatwo myśleć o niej jak o kinie atrakcji. Nawet jeśli atrakcją są miłosne wyznania, spacery nad Wisłą i dyskusje o spółkach handlowych. Producent Radek Drabik, który przed laty podbił rynek „Planetą Singli”, wyszedł z podobnego założenia. W pierwszej kolejności – bawić. Zaś przy okazji – nie obrażać cudzej inteligencji. 

Marcin Dorociński (Stanisław Wokulski) i Kamila Urzędowska (Izabela Łęcka) w filmie „Lalka”, reż. Maciej Kawalski, 2026 (fot. materiały prasowe)

„Lalka” nie obraża naszej inteligencji, ale też nie sprawia, że przegrzewamy sobie głowę. W tym sensie jest i nie jest typowym polskim filmem. Jest, ponieważ cofa nas do czasów, w których rozbuchane adaptacje literatury rozsadzały kinowe kasy. Nie jest, gdyż powstała z myślą o zwykłym widzu, a nie o krytyku filmowym, rodzinie reżysera albo studencie kulturoznawstwa z rozszerzoną prognozą pogody.  

REKLAMA
feuilleton/x07Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Przyjdzie jeszcze pora, by ustawić obydwie „Lalki” w ringu. Póki co musicie wiedzieć jedynie tyle, że jest to wybór między skrajnymi wrażliwościami, a co za tym idzie – rozbieżnymi wizjami kina. 

Serialowa „Lalka” uświadamia, że taniec na grobie Bolesława Prusa, czy tego chcemy, czy nie, ma realną wartość. Pozwala spojrzeć krytycznie na romantyczne złogi we współczesności; sprawdzić, czy Wokulski i Łęcka wciąż spacerują wśród nas. 

Ta filmowa przypomina, że nie bez powodu „Lalka” nazywana jest „największą polską powieścią”. I że dyskusje z jej statusem w rodzimej kulturze, choć interesujące, będą co najwyżej sezonową ciekawostką.  

REKLAMA
article/x52Maksymalny rozmiar: 300px/250px