global/x103Maksymalny rozmiar: 0/0
REKLAMA
article/x01Maksymalny rozmiar: 1280px/180px

Pięć tysięcy kroków w strachu. Biegniesz – żyjesz

TYLKO NA
Jak żyło się na muszce snajperów w Sarajewie?
Jak żyło się na muszce snajperów w Sarajewie? (fot. Zero.pl)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Siedmioletni Nedim gna na swoim BMX-ie przez Aleję Snajperów. Rower ma trzy przyspawane do ramy uchwyty – dwa z przodu, jeden z tyłu. Dzięki nim chłopiec przewozi 40 litrów wody w pięciolitrowych bańkach. Nagle słychać przerażający świst. W kanistrach pojawiają się dziury. Wody dzisiaj nie będzie. Nedim żyje. To wciąż jest dobry dzień.

Jest 1992 r. Trwa oblężenie Sarajewa. Jeden z punktów poboru wody znajduje się w schronie – takim, jaki ma wiele większych obiektów w mieście, budowanym jeszcze za czasów Jugosławii na wypadek potrzeby ochrony cywilów. Żeby do niego dotrzeć, trzeba przedostać się przez Aleję Snajperów – odcinek głównej arterii miasta, przede wszystkim ulicy Zmaja od Bosne (Smoka z Bośni).

Nie ma betonowych osłon, murków, worków z piaskiem – niczego, za czym można się schować. Jest tylko szeroka, prosta ulica wśród wzgórz.

Wiedzą to wszyscy. I mieszkańcy, którzy chcieliby się ukryć. I żołnierze, którzy strzelają. Czasem – by nastraszyć. Czasem – by zranić. Niekiedy – by zabić.

Siedmioletni Nedim Abdagić jedzie szybko, ile sił w nogach. Pełne kanistry kołyszą się na boki. Aleja jest pusta. Ale chłopiec nie ma wyjścia. Żadną inną drogą nie dotrze do domu.

REKLAMA
article/x02Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Tego świstu nie da się zapomnieć. Uczucia, czy to jeszcze życie, czy już jego koniec – też nie.

– Nie wiem, czy chcieli zrobić mi krzywdę, czy tylko sprawić, bym stracił zapasy. Może chcieli, żebyśmy cierpieli z pragnienia. Może strzelali dla zabawy. Nigdy tego nie rozgryzłem.

Nedim wraca do domu z tym, co zostało. Matka patrzy na dziurawe plastiki. Nic nie mówi.

Kanistry na wodę zniszczone podczas wojny. (fot. Zero.pl)

Z pozycji snajpera

Dziś po dawnej Alei Snajperów, ciągnącej się przez około 4 km, jeżdżą auta, tramwaje, autobusy. Nie ma znaków ani tabliczek informujących o tym, co działo się tu ponad 30 lat temu. Nikt nowy nie dowie się o sąsiedzie Lejli Pajević-Sarić, który zginął właśnie w tym miejscu. Nikomu nawet nie przejdzie przez myśl, że – o mały włos, bez żadnego powodu – na tej arterii snajperzy zastrzeliliby siedmioletniego chłopca.

Rozglądam się wokół, czekając na zielone światło w pobliżu wyróżniającego się żółtą fasadą hotelu Holiday (dawniej Holiday Inn, który na początku wojny był miejscem spotkań serbskich polityków z partii SDS, m.in. Radovana Karadžića, a w późniejszym czasie – bazą dla międzynarodowych dziennikarzy).

Budynki położone przy dawnej Alei Snajperów. (fot. Zero.pl)

Na niektórych wielopiętrowych blokach widać ślady po kulach i miejsca uszkodzone pociskami. Niektóre odrestaurowane, inne nie. Jeśli ktoś nie przypatrzy się dobrze, nie dostrzeże blizn po walkach.

REKLAMA
article/x03Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Przechodząc przez „zebrę”, na sekundę zatrzymuję się na środku ulicy i zadzieram głowę, zerkając na dachy budynków. W 1992 r. ten moment mógłby mnie kosztować życie.

W ostatnich latach wraca też inna historia związana z oblężeniem Sarajewa. Według zeznań świadków i śledztw, prowadzonych m.in. przez włoską prokuraturę, cudzoziemcy mieli płacić za możliwość strzelania do ludzi w mieście – z pozycji zajmowanych przez serbskich snajperów. Tak zwane Sarajevo Safari do dziś nie zostało w pełni wyjaśnione.

Samochodem do dziadków

Co Nedim pamięta z kwietnia 1992 r.? Renault 5. Jego mama, Badema, jedzie z nim na Grbavicę – dzielnicę leżącą nieopodal Alei Snajperów, kontrolowaną przez siły serbskie. To stamtąd strzelcy celują do cywilów. Odwiedza rodziców z okazji Eid al-Fitr – muzułmańskiego święta obchodzonego na zakończenie ramadanu. Są jednymi z ostatnich, którzy w pierwszym dniu wojny wyjeżdżają z tej oblężonej części miasta.

W drodze powrotnej kula trafia w drzewo, tuż obok samochodu. Matka zatrzymuje wóz, jest w szoku, nie może prowadzić. Przypadkowy świadek zdarzenia wsiada za kółko i odwozi ich do centrum – do kamienicy przy samym Zgromadzeniu Parlamentarnym.

Wcześniej dzieje się coś jeszcze. Nad miastem, bardzo nisko, przelatują dwa wojskowe odrzutowce. Przebijają barierę dźwięku. Sarajewo drży.

REKLAMA
article/x04Maksymalny rozmiar: 728px/90px

– Wtedy pierwszy raz pomyślałem, że stanie się coś złego.

Wszyscy w jednym budynku

Kamienica, w której żyją Abdagiciowie, jest austro-węgierska – mieszkania mają po sto i więcej metrów kwadratowych, wysokie sufity. Na parterze mieszka rodzina żydowska. Piętro wyżej – małżeństwo mieszane: prawosławny i katoliczka. Abdagiciowie na trzecim. Muzułmanie, Chorwaci, Serbowie, Żydzi. Wszyscy razem w jednym budynku, w centrum Sarajewa.

Kilka miesięcy przed wojną w Zgromadzeniu Parlamentarnym przemawia Radovan Karadžić – ten sam, który dziś odsiaduje dożywocie za ludobójstwo, oblężenie Sarajewa, czystki etniczne. Ojciec Nedima – Sead – siedzi przed telewizorem.

– Tego nie zapomnę. Patrzył w ekran i słuchał, jak Karadžić mówił: „Nie myślcie, że nie poprowadzicie Bośni i Hercegowiny do piekła, a narodu muzułmańskiego, być może, do zagłady”.

Kiedy zaczyna się oblężenie, ojciec i dwaj starsi bracia Nedima wstępują do Obrony Terytorialnej (Teritorijalna odbrana) – dawnej jugosłowiańskiej formacji, która na początku wojny dzieli się między strony konfliktu, a jej część lojalna Sarajewu staje się zalążkiem armii Bośni.

Ojciec ma pod czterdziestkę. Najstarszy brat – Ahmet – osiemnaście lat. Środkowy – Aldin – szesnaście.

Nedim (pośrodku) z braćmi: Aldinem i Ahmetem. (fot. Zero.pl)

Przez kolejne trzy i pół roku Nedim prawie ich nie widuje. Zostaje w domu z matką i babcią. Żeby przeżyć, uprawiają warzywa w ogródku za kamienicą. Badema chodzi na targ i sprzedaje pomidory.

REKLAMA
article/x05Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Raz, zimą, chłopiec idzie z nią po wodę. Z racji pogody nie używa swojego niezastąpionego rowerka. W pewnym momencie, niedaleko punktu poboru, samochód najeżdża Nedimowi na stopę. Opona nie ma powietrza – to go ratuje. Noga cała.

Wojna podczas wojny

Niedługo potem ktoś filmuje go na ulicy. Razem z kolegami z podwórka Nedim bawi się w wojnę. Drewniane karabiny, zużyta wyrzutnia rakietowa – sama rura, bez głowicy, ale da się wsunąć rękę do środka. Reporterką jest Christiane Amanpour z CNN.

– Dzieci bawią się w wojnę podczas wojny. Co za ironia.

Szkoła formalnie nie zostaje zawieszona, ale uczęszczanie do niej jest zbyt niebezpieczne. Uczniowie zbierają się w mieszkaniach – co tydzień w innym. Nauczyciel przychodzi i prowadzi lekcje.

– Czego można się nauczyć przez kilka godzin tygodniowo? Niewiele. Ale większość z nas i tak skończyła potem studia.

Jeden z bloków w dzielnicy Grbavica. (fot. Zero.pl)

Kiedy nie ma lekcji, grają w piłkę i koszykówkę na podwórkach. W granicach osiedla, bo dalej może dosięgnąć ich snajper. Nedim i jego kuzyn – prawie rówieśnicy, cztery miesiące różnicy – odwiedzają się nawzajem. Obaj doskonale już wiedzą, którymi ulicami chodzić, żeby ominąć strzelca.

Pewnego razu idą razem do kuzyna, zostają tam na obiad. Pod ich nieobecność pocisk uderza w podwórze, na którym zwykle się bawią. Ginie sześcioro dzieci.

REKLAMA
article/x06Maksymalny rozmiar: 728px/90px

– Pamiętam jedną dziewczynkę. Zizena Avić. Była piękna, nosiła długie włosy. Wiek? Może dwa lata starsza ode mnie.

W centrum Sarajewa, w Veliki Park, stoi dziś pomnik To niewielka fontanna z półprzezroczystą, szklaną rzeźbą, otoczona elementami wykonanymi z łusek amunicji, przy której znajdują się osobne płyty z wyrytymi nazwiskami ponad 1600 dzieci – ofiar oblężenia. Nedim mówi o tym miejscu powoli, uważnie dobiera słowa.

– One nie zginęły. One zostały zabite. To jest różnica – podkreśla Nedim.

Centymetr wyżej

Sam jest w niebezpieczeństwie parokrotnie. Tym razem wojna dosięga go w domu.

Najstarszy brat Ahmet wraca z frontu na kilka dni odpoczynku. Nedim stoi z nim na balkonie, opiera się o ścianę. Nagle pocisk uderza w podwórze przed ich budynkiem i wybucha. Odłamek przelatuje tuż obok twarzy chłopca.

– Zabrakło centymetra, by trafił mnie tutaj – pokazuje dłonią na policzek. – Wyszedłem z tego bez szwanku.

Ludziom nie zagrażają chociaż odłamki szkła. W wielu oknach w mieście – zamiast szyb – wisi folia. Dostarcza ją m.in. UNHCR – agencja ONZ zajmująca się pomocą uchodźcom. Gruba, przezroczysta, przyklejona taśmą do framug.

Sarajewo patrzy zza niej na wojnę.

„Po prostu biegnij”

Koniec oblężenia zapisał się Nedimowi w dwóch obrazach.

REKLAMA
article/x07Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Pierwsze wyjście na Grbavicę – dzielnicę, w której kula trafiła w drzewo przy samochodzie matki w pierwszym dniu wojny. Cztery lata pod okupacją, teraz znowu bośniacka. Tam mieszkają dziadkowie ze strony Bademy.

Graffiti na jednym z bloków. (fot. Zero.pl)

I pierwsze derby. Rok 1996. Sarajewo kontra Željezničar, na stadionie Grbavica – tym, który przez lata oblężenia był zaminowany, zdewastowany, spalony. Trybuny pełne. Dla starszych to znak, że to naprawdę koniec.

Dla młodszych – rok później, w 1997 r. – jest koncert U2.

– Odetchnęliśmy, że faktycznie już po wszystkim.

Nedim mieszka dziś z rodziną w Słowenii. Przeniósł się tam osiem lat temu. Jego mama zmarła przed czterema laty. Od tej pory jeździ do Sarajewa jeszcze rzadziej. – Miasto bardzo się zmieniło i przypomina mi złe rzeczy. Choć mam stamtąd też wiele pięknych wspomnień.

Córka Nedima ma prawie dziesięć lat. Kiedy myśli o tym, że sam w jej wieku jeździł rowerem po wodę przez Aleję Snajperów, robi mu się słabo. – Ona jest zależna ode mnie. Ja w jej wieku byłem zdany tylko na siebie.

Ślady po kulach w dzielnicy Grbavica. (fot. Zero.pl)

Pytam go, co by powiedział siedmioletniemu sobie. Milczy przez chwilę.

– Biegnij!

Dlaczego?

– Bo bieg to tryb przetrwania. Jak biegniesz – żyjesz. Jak idziesz – nie żyjesz. Snajper strzela do tego, kto idzie. To pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy. Szczerze.

REKLAMA
article/x08Maksymalny rozmiar: 728px/90px

„Gdzie mój drugi tata?”

Grbavica – szczególnie bloki położone tuż przy rzece Miljacka – widziała wiele takich biegów. Niektóre zakończone bezpiecznym powrotem do domu, inne – śmiercią, jeszcze inne – zranieniem. Mieszkańcy spacerujący dziś wąskim bulwarem zdają się o tym nie pamiętać. Podobnie jak w innych miejscach, o historii przypominają tu ślady po kulach i pociskach oraz opowieści starszych Sarajewian.

Rzeka Miljacka będąca linią frontu w czasie oblężenia Sarajewa. (fot. Zero.pl)

– Nie potrafię ci tego wyjaśnić. Najlepiej poznać jakiegoś lokalsa, pójść z nim na spacer i wysłuchać jego historii – tak na moje wątpliwości odpowiada Damir Bevanda, obecnie montażysta wideo, niegdyś dziennikarz.

Jego pomysł realizujemy kolejnego dnia. Póki co sączymy niespiesznie kawę i herbatę w centrum.

34-latek patrzy na mnie uważnie, delikatnie uśmiechając się przez większość rozmowy. W jego oczach widać spokój.

Damir przychodzi na świat w 1992 r., w Doboju. To miasto oddalone od Sarajewa o około dwie godziny jazdy autem.

Dwuletni Damir. (fot. Zero.pl)

Ma dwa lata i siedem miesięcy, kiedy po raz pierwszy widzi ojca.

Chłopiec siedzi na nocniku w domu babci (mamy taty), w miasteczku Breza, i nieśmiało zerka na mężczyznę, który wchodzi do środka. Nie poznaje go. Na zdjęciach, z którymi matka nie rozstawała się przez całą wojnę, ojciec jest bez wąsów. Ten mężczyzna wąsy ma.

REKLAMA
article/x09Maksymalny rozmiar: 728px/90px

– Gdzie jest mój drugi tata? – pyta wtedy Damir, a członkowie rodziny wybuchają śmiechem.

Jeden do tysiąca

Wszystko zaczyna się od ślubu. Grudzień 1991 r., Sarajewo. Ojciec Damira – Željko, katolik o chorwackich korzeniach – żeni się z matką, Eminą – muzułmanką z Doboju. Ceremonia odbywa się w Sarajewie, wśród gości są Serbowie. Kilka miesięcy później zaczyna się oblężenie.

Matka wraca do Doboju – miała się przeprowadzić do Sarajewa w maju albo czerwcu, ale nie zdąży. Ojciec zostaje w mieście. Ostatni raz dzwonią do siebie w kwietniu. Potem przez lata nie słyszą swoich głosów.

Damir z mamą w miejscowości Doboj. (fot. Zero.pl)

Piszą listy. Tyle że takowy potrafi podróżować miesiącami – przez Austrię, przez inne kraje, okrężnymi drogami. Kiedy go czytasz, nie wiesz, czy nadawca jeszcze żyje.

– Mój ojciec zawsze był optymistą – mówi Damir, poprawiając prawy rękaw koszuli w kratę. – Powtarzał, że Stany Zjednoczone wkroczą, że to się skończy w kilka tygodni. Oglądał wszystkie programy polityczne. Wierzył.

Željko dołącza do armii w 1992 r. Któregoś dnia granat wpada między żołnierzy. Wszyscy giną. Wszyscy poza nim i jeszcze jednym mężczyzną.

Odłamek trafia ojca Damira w górną część klatki piersiowej. Wchodzi pod skórę, omija serce, zatrzymuje się w brzuchu.

REKLAMA
article/x10Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Željko leży na ziemi. Kopie rękami płytki dołek – na wypadek, gdyby nadleciał kolejny granat. Zaciska w dłoniach dwa własne granaty. Na wypadek, gdyby go schwytano.

Bośniaccy żołnierze docierają do niego pierwsi. W szpitalu może wybrać chirurga. Patrzy na lekarzy i wskazuje najstarszego.

– Najwięcej doświadczenia – myśli.

Szanse przeżycia operacji – jeden do tysiąca. Przeżył.

Leży w łóżku podczas rekonwalescencji, kiedy przychodzą żołnierze i mówią, że urodził mu się syn, Damir. Pierwszy raz od tygodni Željko siada.

Emina tymczasem jest w Doboju z niemowlęciem i rodzicami. Wojska serbskie palą ich dom – największy w tej części miasta. Ktoś donosi, że to baza muzułmańskich ekstremistów. Inna serbska rodzina z sąsiedztwa użycza im za darmo jedno ze swoich mieszkań w centrum miasta.

Uratował go koc

Pewnego dnia Emina idzie z małym Damirem na szczepienie. Nie jest aż tak zimno, ale babcia nalega, żeby owinąć dziecko w dwa koce.

REKLAMA
article/x11Maksymalny rozmiar: 728px/90px

– Po co? – pyta młoda matka.

Babcia nie odpowiada, po prostu opatula wnuka i ruszają.

W drodze do szpitala Emina słyszy świst. Rzuca się na ziemię, ciągnie matkę za sobą. Pocisk wybucha kilka metrów dalej. Obie dostają odłamkami w nogi. Jeden kawałek metalu wpada w koc, obraca się i zatrzymuje tuż obok głowy Damira.

– Gdyby nie te dwa koce, nie żyłbyś – mówi mu matka dużo później. Chłopiec uchodzi bez najmniejszego szwanku.

Pocisk ten wystrzeliła bośniacka armia. – Fatalny błąd. Niestety, jeden z wielu, które zdarzały się podczas walki.

Rok 1995. Do ich mieszkania w Doboju przychodzą serbskie oddziały paramilitarne, nazywane czetnikami. Rodzina dostaje dwie godziny na spakowanie się i wyjście.

Emina wsiada z Damirem i jego dziadkami do autobusu. Jadą w góry. W pewnym momencie kierowca zatrzymuje się pośrodku niczego. Mówi: „dalej pieszo”.

Matka bierze syna na ręce i idzie przez całą noc.

W ciemności słychać krzyki. Ludzie znikają. W lesie widać żarzące się punkty – końcówki papierosów. Ktoś ich obserwuje. Bośniacy? Serbowie? Nie wiadomo.

– Mama mówiła, że była to najbardziej przerażająca noc jej życia – wspomina Damir. – I że wtedy paliła jednego papierosa za drugim.

Nad ranem docierają na teren kontrolowany przez bośniacką armię. W miasteczku Breza – u teściowej Eminy, katoliczki, zatrzymują się jej muzułmańscy rodzice.

REKLAMA
article/x12Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Kamery CNN filmują uchodźców schodzących z gór.

Po drodze mija ich mężczyzna. Żołnierz, cały we krwi. – Ludzie szepczą, że nie jest to jego krew. Że żywcem zdarł skórę z pojmanego Serba. I szedł sobie tak po prostu, spokojnie – mówi Damir cicho.

Tunel do lepszego życia?

Do Sarajewa, wraz z mamą, dociera przez tunel. Wciąż trwa 1995 r., kilka miesięcy przed końcem oblężenia.

Mowa o Tunelu Nadziei. Pod pasem startowym lotniska w Sarajewie, w latach 1993-1996, biegnie wąski korytarz – ma około 800 m długości. Trzeba się w nim schylać, czasem brnąć w wodzie czy błocie po kostki. Idą nim ludzie – z workami mąki, z rannymi, ze zwierzętami – pełni nadziei, że po drugiej stronie ktoś jeszcze na nich czeka.

Damir ma trzy lata. Nie pamięta tunelu. Wszystko opowiada mu mama.

Pierwszej nocy w Sarajewie, w bloku w dzielnicy Breka, kule z karabinu snajpera wpadają przez okno mieszkania ciotki chłopca. Przelatują przez cały pokój. Nikt nie zostaje trafiony.

– Moja mama powiedziała, że kiedy w grudniu 1995 r. ogłoszono koniec wojny, chodziła po pokoju i powtarzała tylko: „Dziękuję Boże, dziękuję Boże”.

Damir z rodzicami podczas wojny. (fot. Zero.pl)

Željko ma dziś 72 lata. Nigdy zbyt wiele nie mówi o wojnie.

Emina w 2007 r. przechodzi coś w rodzaju załamania. Przez miesiąc boi się wychodzić z domu. Damir i jego siostra – urodzona w 1996 r., już po wojnie – pomagają jej z tego wyjść.

REKLAMA
article/x13Maksymalny rozmiar: 728px/90px

– Ojciec pewnie też ma traumę – ocenia mój rozmówca. – Ale nie okazuje tego. Może tłumi wszystko w sobie?

Damir jest agnostykiem. Ojciec to katolik, matka – muzułmanka. Mieszka w Sarajewie od trzydziestu lat. Przez ten czas może z dziesięć razy usłyszał coś nieprzyjemnego pod swoim adresem z powodu pochodzenia.

– Sarajewo jest bezpiecznym miejscem, ale politycy robią swoje. I ten brak zaufania między ludźmi nie znika od razu po wojnie. Trzeba na to czasu.

Przez chwilę milczy.

– Nienawidzę mówić o liczbach. Ilu zginęło Boszniaków (grupa etniczna w Bośni i Hercegowinie, przeważają w niej wyznawcy islamu), ilu Serbów (głównie prawosławnych). Każda liczba to brak szacunku dla ofiar. Ale fakty są faktami. Największymi ofiarami byli Boszniacy i nie wolno tego bagatelizować. Tak jak nie wolno bagatelizować Holokaustu.

Z dość poważną miną dopija zimną już kawę. Za chwilę jednak ponownie się rozluźnia i rzuca: – Chcesz się przejść ze mną jutro po mojej dzielnicy? Tam śladów wojny aż nadto.

Jesteśmy umówieni.

Ślady po kulach i sarajewskie róże

Nazajutrz spotykamy się w okolicy Baščaršiji – w samym sercu starego miasta w Sarajewie. Odjeżdża stamtąd tramwaj nr 5, którym dotrzemy na skraj stolicy, nieopodal dzielnicy Dobrinja.

Powstała ona jako blokowisko w czasach Jugosławii. Podczas oblężenia Sarajewa była – obok Grbavicy – jedną z najbardziej odciętych jego części. Linia frontu przebiegała między blokami. To właśnie w pobliżu Dobrinji zaczynał się tunel.

REKLAMA
article/x14Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Damir mieszka tam od 1998 r.

Wysiadamy na końcowym przystanku Ilidža. Dalej idziemy pieszo. Choć pogoda nie rozpieszcza – jest około 6 st. C., wieje silny wiatr – wybieramy spacer zamiast trolejbusu. Po drodze mijamy kilka sarajewskich róż – śladów po pociskach, które zabiły co najmniej kilka osób. Oznaczone są one czerwoną farbą, a mieszkańcy – z szacunku dla ofiar – starają się po nich nie stąpać.

Jedna z sarajewskich róż. (fot. Zero.pl)

Wokół nas wyrastają kolejne bloki – niektóre wyższe, niektóre kilkupiętrowe. Beżowe, niebieskie, szare. Naznaczone wieloma bliznami po wojnie.

Blok ze śladami po kulach w Dobrinji. (fot. Zero.pl)

Żartujemy z Damirem, że projektował je chyba ten sam architekt, co osiedla z wielkiej płyty w Polsce.

– O, to jest moja okolica. Przejdziemy teraz przez taką główną alejkę ze sklepikami i kawiarniami – prowadzi mnie 34-latek.

Jest sobotnie popołudnie. Mijają nas ludzie w średnim wieku, czasem rodziny z dziećmi.

Ostatnia przejażdżka rowerem

Przy jednym z żółtych wieżowców dostrzegam tablice z nazwiskami. Podchodzimy tam właściwie od razu.

„Ty, nieznany przechodniu, zatrzymaj się tutaj i wspomnij wszystkich poległych bohaterów, wszystkich zabitych mieszkańców tego osiedla. Niech ich utracone życie będzie przestrogą, jak należy kochać i bronić swojego miasta” – czytam na pomniku, wokół którego ustawiono płyty.

Pomnik upamiętniający ofiary w Dobrinji. (fot. Zero.pl)

Widać na nich ciąg ułożonych alfabetycznie nazwisk ofiar w Dobrinji. Dzielnica, zamieszkiwana dziś przez około 25 tys. osób, leży pomiędzy czterema wzgórzami. W czasie wojny jej mieszkańcy są pod ciągłym ostrzałem, podani wrogowi „na tacy”.

REKLAMA
article/x15Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Przy jednej z tablic stoi drobna, starsza kobieta. Blond włosy spięte w kucyk, usta obficie pociągnięte czerwoną szminką, pasującą do dresu w tym samym kolorze. Moją uwagę zwracają też długie kolczyki. To Hedija Efendić.

– Zobaczcie, jedna z tych tablic upamiętnia dzieci zabite w latach 1992-1995. Imię mojego syna też tu jest – wskazuje na wyryte w kamieniu „Amel”.

Tablica upamiętniająca dzieci z Dobrinji zabite podczas wojny. (fot. Zero.pl)

 1977-1992.

18 sierpnia chłopiec jedzie na rowerze wraz z kolegami. W tym czasie dochodzi do ostrzału moździerzowego. Jako jedyny ginie, raniony odłamkami pocisku. Ma 15 lat.

Hediję spotykamy przed pomnikiem 28 marca. – Wczoraj Amel miałby urodziny, dlatego tu jestem – uśmiecha się smutno i wskazuje na kilka wiązanek na chodniku.

Hedija Efendić opłakująca syna Amela. (fot. Zero.pl)

Z pomocą Damira tłumaczę, dlaczego tu jestem.

– Wiecie, że to ja zebrałam nazwiska dzieci, które zginęły? Zadbałam o to, by powstała oddzielna tablica upamiętniająca ich krótkie życia. Zapewne nie ma tu wszystkich ofiar, bo było to dość trudne. Chciałam jednak, by ona powstała – wyjaśnia Hedija, odgarniając włosy z czoła. Zaczyna padać śnieg.

Wymieniamy jeszcze kilka uprzejmości, po czym kobieta odchodzi w kierunku pobliskiego sklepu. Damir wskazuje na imiona i nazwiska poległych. – Zobacz, to Serb, a to Chorwat. Najwięcej tu Boszniaków, ale bywało, że Serbowie zabijali Serbów będących po dobrej, naszej stronie walk.

REKLAMA
article/x02Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Na moment oboje milkniemy.

– Jeszcze z 10 minut i będziemy w mojej okolicy – rzuca po chwili zadumy. Zanim odejdziemy od pomnika, robię kilka zdjęć. Tłem dla tablic jest ściana wspomnianego wcześniej wieżowca. Na niej kilkadziesiąt śladów po kulach. W tym przypadku załatanych, choć nieotynkowanych.

Lista ofiar z dzielnicy Dobrinja w Sarajewie. (fot. Zero.pl)

11-letni Marko

Zmarznięci i nieco zmęczeni spacerem w taką pogodę docieramy w okolice bloku, w którym aktualnie mieszka Damir z rodzicami. To spokojna, zielona ulica z niskimi zabudowaniami. Na beżowej elewacji ślady po kulach i odłamkach pocisków. Znowu.

Okolica, w której mieszka Damir. (fot. Zero.pl)

– Tu, za rogiem, doszło do tragedii. Lokalsi wspominają ją do dziś.

Przechodzimy między budynkami. Nagle Damir zatrzymuje mnie i wskazuje niemal niewidoczne już imię i nazwisko chłopca wyżłobione w asfalcie.

 Marko Žižić.

1982-1993.

Miejsce, w którym zginął 11-letni Marko Žižić. (fot. Zero.pl)

Idziemy kilka metrów dalej. Stajemy przed parkingiem wypełnionym samochodami. – Tu wydarzyła się tragedia – mówi cicho Damir.

1 czerwca 1993 r. dzieci spontanicznie rozgrywają mecz piłki nożnej w pierwszym dniu muzułmańskiego święta Kurban Bajram. Grę przychodzi obejrzeć około 200 osób. O godzinie 10:20 w kierunku Dobrinji – z pozycji kontrolowanych przez siły serbskie – wystrzelone zostają dwa pociski moździerzowe.

REKLAMA
article/x03Maksymalny rozmiar: 728px/90px

Trafiają w boisko. Ginie 15 osób – żołnierzy i cywilów, w tym siedmioro dzieci. Jest wśród nich 11-letni Marko. Ponad 130 osób zostaje rannych.

„Nie doczekaliście wolności, ale Dobrinja wierzy, że jesteście teraz w lepszym miejscu” – napisano na niewielkiej tablicy upamiętniającej ofiary.

Tablice upamiętniające ofiary ataku na Dobrinję. (fot. Zero.pl)

W tym miejscu nasze drogi z Damirem się rozchodzą. Niespiesznym krokiem – rozglądając się i co chwilę zatrzymując przed kolejnymi śladami wojny – idę w kierunku przystanku tramwajowego. Kilkadziesiąt minut marszu przy paskudnej pogodzie jest, paradoksalnie, pewnym ukojeniem emocji po kilku godzinach trudnych rozmów i przebywaniu w miejscach śmierci tak wielu osób.

Jadę linią nr 5 i ponownie znajduję się na Alei Snajperów. Zza lekko zaparowanej szyby widzę parę nastolatków trzymających się za ręce. Dziś mogą iść powoli i beztrosko. Nikt do nich nie strzela.

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni
REKLAMA
article/x52Maksymalny rozmiar: 300px/250px